Jest takie przysłowie: „do trzech razy sztuka”… Tym razem się jednak nie sprawdziło. Janusz Rokicki, niekwestionowany faworyt w pchnięciu kulą na wózku nie zdobył upragnionego złotego medalu.

Na Stadionie Olimpijskim w Rio uzyskał wynik 14,26 metra, a to wystarczyło jedynie na srebro, trzecie już zresztą w jego paraolimpijskiej karierze. Do tej pory Rokicki zdobywał srebrne medale w Atenach (2004) i w Londynie (2012). Ma też na swoim koncie wicemistrzostwo świata z 2006 roku, mistrzostwo Europy (2005) oraz wicemistrzostwo Europy 2012.

Bo podłoga była śliska

W Rio jednak miało być złoto… Szansy na jego zdobycie pozbawili Janusza… organizatorzy paraolimpiady, którzy w skandaliczny sposób przygotowali zaplecze sanitarne dla naszych niepełnosprawnych zawodników.
- To i tak cud, że udało mi się zdobyć srebro – mówi świeżo upieczony wicemistrz. – Nie wiele bowiem brakowało, a w ogóle nie wystąpiłbym na tych Igrzyskach. Po przylocie do Brazylii, już w wiosce olimpijskiej, miałem przykry incydent w łazience. Było mokro i ślisko, spadłem z wózka i nabawiłem się kontuzji barku. Rezonans wykazał naderwanie mięśnia nadgrzebieniowego i zerwanie podłopatkowego. Była to wiadomość tragiczna. Kontuzja okazała się na tyle poważna, że przez dwa tygodnie zdołałem odbyć tylko jeden trening. Dzisiejszy wynik jest tego efektem. Bo nie dość, że musiałem walczyć z rywalami, to jeszcze trzeba było pokonać potężny ból. Dlatego jestem tak szczęśliwy z tego medalu. Nie wiele brakowało, a wróciłbym do Polski z niczym.
Swój srebrny medal Janusz Rokicki dedykuje żonie oraz trzem synom: czternastoletniemu Bartoszowi, ośmioletniemu Michałkowi i sześcioletniemu Kubie. Bo to oni go zawsze wspierają, dodają sił, mobilizują do walki. Któryś z nich włożył mu do torby podróżnej czekoladę z napisem: „Dasz radę”.
- I rzeczywiście, nawet z taka ręką dałem radę – śmieje się kulomiot.

Nie zmarnował drugiej szansy

Historia kariery Janusza Rokickiego to kronika utkana ze szczęścia w nieszczęściu. To niemal scenariusz mrocznego horroru, który jednak kończy się happy endem. Janusz pochodzi z Wisły. Tam chodził do szkoły, tam rozpoczęła się jego przygoda ze sportem – jak przystało na górala, były to narty, tyle że biegowe.
Zdaniem trenerów Rokicki miał wyjątkowy talent, a jednak los okazał się dla osiemnastoletniego wówczas chłopaka niezwykle okrutny. W 1992 roku w czasie wakacji postanowił dorobić sobie jako pomocnik murarza. Praca na budowie nie należy do najłatwiejszych, zwłaszcza dwunastogodzinna, w niemiłosiernym upale. Łączy się też z pewnymi rytuałami – jednym z nich jest oblewanie pierwszej wypłaty.
Janusz na zawsze zapamiętał tamten 31 sierpnia. I tamten powrót do domu. Po drodze zaszedł do baru. Gdyby nie to piwo, jego życie prawdopodobnie potoczyłoby się zupełnie inaczej.
Na tyłach dworca kolejowego Wisła Głębce, ktoś uderzył go w tył głowy. Janusz stracił przytomność. Nieznani dotąd sprawcy ukradli mu portfel z wypłatą. Nieprzytomnego chłopaka porzucili na torach. O czwartej rano przejechał po nim pociąg. Młody sportowiec stracił obie nogi. Mając zaledwie 18 lat Janusz Rokicki został kaleką.
Dziś wspomina, że była to dla niego katastrofa, ale i tak dziękuje Bogu, bo mógł stracić również ręce.
- Wtedy zrozumiałem, że dostałem drugą szansę, i że muszę to wykorzystać. To dzisiejsze srebro jest dowodem, że można osiągnąć wszystko, trzeba tylko bardzo chcieć. I dlatego gorąco namawiam wszystkich niepełnosprawnych do uprawiania sportu. Naprawdę szkoda marnować czas. Życie jest zbyt piękne, nawet na wózku.

Krzysztof M. Załuski

Janusz Rokicki
Janusz Rokicki
Janusz Rokicki
Janusz Rokicki
Janusz Rokicki